Daniel Odija “Banalne pytania o drugi oddech”

Daniel Odija “Banalne pytania o drugi oddech”

Przyspieszenie?


„Szybkość jest prawdziwie współczesną przyjemnością” — jakieś dziwięćdziesiąt lat temu słowa te wypowiedział Aldous Huxley w kontekście jazdy samochodem. A ja sobie myślę, że odkąd wymyśliliśmy silnik spalinowy, wciąż się rozpędzamy. Od dawna nasze samochody przekraczają prędkość 200 km/h. I od dawna giniemy w wypadkach samochodowych. A gdy zaczęliśmy latać, poczuliśmy, że musimy przebić atmosferę i polecieć w kosmos. Aż nastąpiła rewolucja technologiczna i rozwój Internetu. Kolejne przyspieszenie. Tym razem mentalne. Odtąd już nie tylko pędzimy po autostradach, latamy po niebie, ale serfujemy po całym świecie — bez wstawania z fotela. Próbujemy ciągle coś dogonić i przegonić, nie oglądając się przez ramię. Po co patrzeć za siebie, skoro przed nami kolejny cel? I kolejny. I kolejny... Musimy przecież nadążyć za natłokiem informacji, który zalewa sieć i umysły tych wszystkich, którzy w sieci zaplątani.

A najśmieszniejsze, że wybór należy do nas. Każdego z osobna. Bo przecież sami siebie wystawiamy na lawinę danych. I trawimy w przyspieszonym tempie. Bo nie ma już czasu na namysł, skoro skaczemy dalej, do następnej wiadomości. W mediach społecznościowych komentujemy, popisujemy się, hejtujemy. Nasi znajmomi z sieci stają się prawdziwymi znajomymi. Coraz rzadziej spotykamy się z nimi na kawie, jeśli w ogóle, kiedykolwiek. Nie ma czasu na takie spotkania. Pandemia koronawirusa wymusiła na nas wzrastające zainteresowanie komunikatorami internetowymi, które pozwalają na pracę bez wychodzenia z domu, na spotkania on-line i rozmowy. Być może tak będzie wyglądała nasza przyszłość. Każdy w swojej domowej kapsule będzie dyskutował ze znajomymi z całego świata, bez potrzeby podróży. Może to nawet będzie swoisty powrót do przeszłości — uziemieni w jednym miejscu, ale czerpiący informacje o każdym zakątu świata, co jest już znakiem naszych czasów.

Nie twierdzę, że to złe. Może nawet dobre. Pozbawieni bezpośredniego kontaktu będziemy mieli ograniczone możliwości czynienia sobie krzywdy...


Dekoncentracja czy nowa narracja?


Wiadomo, że Internet poza informacyjnym misz-maszem, proponuje też rzetelną wiedzę o świecie i nas samych. A co z niego zaczerpniemy zależy od nas. No ale, czy zagłębieni w wirtualność, będziemy więcej uczyć się o rzeczywistości? I staniemy się bardziej świadomi samych siebie? I tego jak o siebie opowiadamy? Bo może mowa internetu jest szukaniem nowej narracji? Próbą opisania świata i nas samych trochę innym językiem od tego, którym zalewają nas media, nastawione na zdarzenia tragiczne, bo podobno „lepiej się sprzedają”? Może to wreszcie, dotychczas niespotykane na taką skalę, międzynarodowe forum, panel dyskusji, platforma wymiany poglądów, możliwość międzykontynentalnej rozmowy na tematy nam wspólne?

A może ta nadmierna świadomość wydarzeń ogólnoświatowych, jaką oplata nas sieć, zaczyna przygniatać? I cała ta pochopna wiedza, zaczyna nas dekoncentrować? Stajemy się nerwowi. Budzą się lęki, które nie zawsze przynależą miejscu, w którym mieszkamy? Przecież Internet skraca dystans. Przestrzeń się kurczy i co odległe, choćby na innym kontynencie, prawem błyskawicznego przepływu informacji, dzieje się w naszych głowach. Wtedy jednak często budzi się mechanizm obronny. Przykład takiego mechanizmu z mojego podwórka.


Wypieranie?


Mieszkam w Polsce, w stutysięcznym Słupsku. To miasto pomorskie, z wojskowym osiedlem na przemieściach o nazwie Redzikowo. Tu armia amerykańska wybudowała tarczę antyrakietową. To niecałe 300 km od Kaliningradu, gdzie stacjonują wojska rosyjskie, uzborojone m.in. w Iskandery, rakiety o zasięgu do 500 km, które mogą przenosić ładunki nuklearne. Narastające napięcia w międzynarodowej polityce, sprawiają, że wielu boi się wybuchu wojny między NATO i Rosją. Jeśli do tego dojdzie, jako mieszkaniec Słupska, mam świadomość, że choćby dla celów „pokazowych” czy odstraszających, wojna może zacząć się właśnie od wymiany ognia między Kaliningradem a amerykańską tarczą antyrakietową, zainstalowaną w moim mieście.

Jak z tym żyć? Zwyczajnie. Wzruszeniem ramion. No bo co możemy? Przy dzisiejszej technologii? Niektórzy uważają, że dzięki amerykańskiej tarczy Słupsk jest najbezpieczniejszym miastem w kraju. Inni, że ewentualna wojna dla nas będzie trwała kilka sekund. Może krócej. Natychmiast wyparujemy w niebyt. Prawie bezboleśnie. Gorzkie pocieszenie...

Większość jednak w ogóle o tym nie myśli. Zrozumiałe. Przez ciągłe myślenie o spadającej atomówce, można oszaleć. By temu zapobiec, mieszkańcy Słupska próbują nie pamiętać o amerykańskiej tarczy i rosyjskich rakietach. Czasami przypomina się, gdy Amerykanie chodzą po mieście. No i zauważyliśmy, że wzrosły ceny wynajmowanych mieszkań. Ot, codzienność. A może raczej bezradność wobec działań, na które nie mamy wpływu? Na zasadzie, że skoro nic nie mogę poradzić, to niech się stanie, co ma się stać. Przecież na świecie zbyt wiele spraw dzieje się na raz, by skupić się na jednej i ją rozważać. Problem to indywidualny, czy globalny?


Szukanie wrogów?


Coraz bardziej rozpędzeni. Zachłanni, by osiągnąć swoje, często kosztem innych. Wielość możliwości wzmaga pragnienia. Aż strach bierze, że nie wszystkie zdąży się zapokoić. Ale nie tylko to. Ciągła pogoń budzi frustracje. Wiele frustracji napędzają media i politycy...

Politycy... Ostatnio stali się bardzo aroganccy. Przynajmniej w moim kraju. Krzyczą, zamiast rozmawiać. Żeby choć krzyczeli na siebie. Ale oni krzyczą na nas, tych, którzy ich wybrali, dzięki czemu mają robotę. Niech im tam będzie. Niestety, wielu słucha tego krzyku i zaczyna wierzyć, że może istnieć lepszy lub gorszy człowiek. Że można człowieka sprowadzić do wymyślonej ideologii, a tym samym uprzedmiotowić go. A wiadomo, przedmiot łatwiej zniszczyć niż człowieka. Nie bije się wtedy kogoś żywego, ale coś, np. wrogą ideę. W sumie nic nowego. Ludzkość od zawsze bije się sama ze sobą. Ale świadomość tego, nie uspokaja. Przeciwnie, historia podpowiada czego się spodziewać. I to nie napawa optymizmem.

W moim kraju wszyscy się kłócą. Odżywają najstraszniejsze demony przeszłości. Skrajny nacjonalizm rośnie w siłę. Homofobia infekuje umysły w imię religijnych i społecznych urojeń, które tak naprawdę są antyludzkie, antyspołeczne. Jeden nie słucha drugiego. Każdy ma swoją rację. Nikt nie uznaje racji przeciwnej. Brakuje argumentów, skoro nie ma rozmowy. Jak zresztą argumentować skoro dawno przestaliśmy słuchać autorytetów? Zamiast specjalistów słuchamy polityków, którzy udają, że na wszystkim się znają. Chcą uchodzić za znawców ludzkości, a są niedouczonymi dyletantami życia. Inaczej nazwać ich nie można, skoro bez przerwy mącą. I przez to mącenie wielu zaczyna szukać wrogów, których można oskarżyć o wszystko, co powoduje nasz strach.

Czy ludzkość rozpędza się w stronę wyszukiwania kolejnych wrogów? W stronę wymyślania ich? Kierując się zasadą, że zniszczenie potencjalnego wroga ma zniszczyć nasze lęki? Bo nie ma co się oszukiwać, że te lęki narastają.


Boimy się?


A boimy się tysiąca rzeczy. Przede wszystkim jednak wojny atomowej. I technologicznego rozwoju, który w przyszłości (naprawdę wielu w to wierzy) ma z ludzi uczynić służących sztucznej inteligencji. I wirusów się boimy, co wywołują pandemię. Lękamy się obcego, którym nie jest żaden obcy z kosmosu, gdzie raczej życia nie ma, ale nasz sąsiad, ten zza ściany. Wreszcie boimy się się katastrofy ekologicznej. I choć zdajemy sobie z tego sprawę, nie zatrzymujemy się w ciągłym biegu ku... no właśnie czemu?

Biegniemy, by zdobyć majątek, sławę, władzę, miłość, dać upust swojej nienawiści? Bo jesteśmy zachłanni wszystkiego? Pieniędzy, wrażeń, doznań? Bo niektórym z nas jest tak dobrze, że zapominają o tych, którym jest źle? Wtedy zaczynają się nudzić? I z tej nudy wciąż chcą więcej? A może w tym swoim przyspieszeniu próbujemy po prostu zapomnieć o śmierci?

Cokolwiek zmusza nas do pogoni za tym co przed nami, nie ma wątpliwości, że zaczynamy łapać lekką zadyszkę. Pandemia koronawirusa wyraźnie pokazała, że warto trochę zwolnić. Złapać drugi oddech. Potrzebne, by rozejrzeć się, w jakim kierunku należy iść, co robić, jak myśleć, by odzyskać spokój, którego permanentnie nam brakuje. Już nie biec, nie jechać, nie latać, serfować, lecz iść, więcej — zatrzymać się. Dać sobie chwilę na refleksję. Powiedzieć sobie, że skoro nie nadążam, to po prostu zwolnię, a nawet przystanę.


Szacunek?


Wydaje się, że do tej refleksji, do powstrzymania się od pogoni za coraz to nowymi pragnieniami, urojeniami, konfliktami, najbardziej zmuszają nas ekolodzy. Wszystko wskazuje na to, że wizja zagłady, spowodowanej globalnym ociepleniem, wcale nie jest tylko histerycznym straszakiem. Szczególnie uwrażliwieni na tym punkcie są młodzi. Boją się świata bez drzew i zwierząt, świata bez pitnej wody, świata suszy i powodzi, huraganów i trzęsień ziemi, już choćby dlatego, że będą żyli dłużej od starszych, co znaczy, że katastrofa może zdarzyć się za ich życia. Nie dziwię się młodym. Ich lęk ma wszelkie podstawy, by koszmar się urzeczywistnił.

Ale mało kto ich słucha. Bo nawet, jeśli uważamy, że przejmujemy się losem naszej planety, to nadal ropa nie słońce napędza nasze samochody, a w toaletach spuszczamy wodę pitną...

Bez refleksji nie nauczymy się szacunku. Bez szacunku dalej już nie pobiegniemy, pojedziemy, polecimy, poserfujemy... Bez szacunku do planety, na której mamy szczęście być. Bez szacunku do drugiego człowieka, z którym mamy szczęście żyć.

Banał? Banał. I banalny jest wniosek, że brak szacunku, często niesie za sobą pogardę. A pogarda niszczy. Technologicznie jesteśmy do tego przygotowani jak nigdy wcześniej. Pozostaje nadzieja, że nasza świadomość, wiedza, duchowość (jakkolwiek to nazwiemy) dorówna mocy rażenia broni, jaką przeciwko sobie skonstruowaliśmy. Wtedy może na chwilę się zatrzymamy. I złapiemy drugi oddech... By choć przez chwilę pomyśleć, gdzie i jak dalej podążać... No właśnie ku czemu?


Daniel Odija © text, 2020

All rights are reserved. No part of this publication may be reproduced, stored in a retrieval system or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording or otherwise, without prior permission of NGO Publishers' Forum © NGO Publishers' Forum, 2020